To już fakt. To się dzieje na naszych oczach, w naszych domach, szkołach, pracy. Od wielu lat.

Po wynalezieniu pisma, druku, kolei, prądu i żarówek wkroczyliśmy prężnie, jako cywilizacja w IV rewolucję przemysłową – technologiczną, internetową, komunikacyjną.

Dlaczego mnie ten temat nurtuję? skąd znalazłeś go na moim blogu.

Kilka lat temu zaczęłam prowadzić z dziećmi edukację terenową, przygodową. Zajęcia, jakie zaproponowałam z Małymi Kilometrami przez lata miały podobne cele. Pobyt w terenie miał na celu w szczególności kontakt z przyrodą, wzmacnianie więzi z naturą, wolną zabawę, pracę grupową, rozwijanie umiejętności przestrzennych, komunikacyjnych, a także odłączenie od elektroniki.

Już 8 lat temu przyglądając się, w jakim kierunku pędzi rewolucja technologiczna stwierdziłam, że jak tak dalej będziemy działać nasze dzieci wychowamy w pudełku i pomiędzy szkołą, domem a centrami handlowymi. Bez dostępu do przyrody, ograniczając im zewnętrzne bodźce odsuniemy je od możliwości podejmowania „wyzwań” dzieciństwa, jakimi mogą być zwykły spacer, wyjście na łąkę, szukanie owadów, dotykanie drzewa w lesie czy zabawa patykami.

W trakcie wielu takich spotkań dotykała mnie sprawa, obaw i lęków dzieci, które nieświadome przestrzeni wkraczały do lasu (lub nie z obawy przed nieznanym mając nawet 8 lat), nie wszystkie były ufne by usiąść na piasku – bo przecież się ubrudzą a chęci dotykania i brania roślin czy zwierząt do rąk – były dla nich nie do przejścia. Wiele ze spotkanych dzieci – przed chwilą wypuszczonych z samochodu – męczyła piesza podróż w nieznane mająca 1,5 czy 3 kilometry na własnych nogach.

Ich zdziwienie tym co je otacza jeszcze bardziej było dla wielu przeżyciem emocjonalnym bo to co obserwowały było realne, żywe, pachniało, miało strukturę.

I było zupełnie innym światem niż ten w tv, bajce czy grze komputerowej.

Na takich wyprawach dzieci szybko zapominały o braku posiadania telefonu czy tabletu. A powtarzane jak mantra: „nudzi mi się” przeradzało się w fascynacje otaczającym światem.

Ale niestety tylko na chwilę. Na chwile naszego kilkugodzinnego spotkania. Ponieważ zaraz potem wracały do codziennych rytuałów i nawyków – siedzenia przed telewizorem, laptopów, gier komputerowych, bycia online, a tym samym spadku kreatywności.

Dziś wiele z dzieci juz 2 letnich jest „podpięte” do laptopa podczas wielu godzin w ciągu dnia, nie dziwi więc fakt przeglądania kilkugodzinnego YT przez nastolatków czy grania online w strategiczne gry, gdzie w większości mowa o przemocy.

Przeprowadziłam wiele rozmów, dyskusji, spotkań z rodzicami, nauczycielami, przyjaciółmi, których dzieci zatracały się, albo to obserwowali u innych. Wtedy jeszcze nie mówiło się o uzależnieniu – dziś juz jawnie mamy wprowadzone to uzależnienie do słownika. Mówimy np. o fonoholizmie.

Zakręciliśmy się? I co z tym dalej. To o czym dziś piszę, piszę w dużym uproszczeniu. Gdyż temat jest bardzo rozległy.

Poniżej zapewne pojawią się głosy sprzeciwu – że tak dzieci u mnie się w domu nie wychowuję, dzieci korzystają tylko częściowo z netu, elektroniki, technologii.
Z chęcią poznam Wasze podejście, jeśli zechcecie się podzieli Waszymi spostrzeżeniami.

W ostatnim czasie prowadziłam wiele obserwacji w komunikacji miejskiej, w pracy, na wakacjach, na lotniskach, podczas różnorodnych spotkań. I dla mnie wniosek jest prosty i jak dla mnie smutny.
W większości chcemy i jesteśmy online. Łakniemy kontaktu z technologią, zastępując ją na rzecz zwykłych relacji, komunikacji czy zabawy offline.

W pociągu, w którym teraz jadę i gdy piszę ten wpis, jest prawie cisza. Vis a vis mnie siedzą 3 dwudziestoparoletnie przyjaciółki. Rozmawiają ze sobą, komunikują się przez telefon. Odklikują piosenki na YT. Śmieją się , lecz po cichu. I znów cisza. Za długo rozmawiały…

I ja też siedzę i piszę w wolnym czasie ten wpis. Bo pomyślałam – że właśnie mam wenę i to wykorzystam.

Więc może poszukajmy więcej pozytywów w tej rewolucji.
Jak technologia może nas rozwijać – to niech nas rozwija!
Są portale edukacyjne, dzięki którym nasze dzieci mogą (mogłyby rozwijać swoje umiejętności).
Przekonaj mnie jednak dlaczego mam wierzyć, że siedzenie dziecka przed komputerem, komunikatorem doskonali jego umiejętności komunikacyjne? A jego emocje, zmysły, ciało – co się wówczas takiego dzieje z nami.

Jeśli więc są takie gry edukacyjne, gry strategiczne, logiczne – to super!
Więc z nich skorzystajmy, dajmy się rozwinąć!

I tu mi trochę skrzydła opadają….

Rok temu uczestniczyłam w kongresie dla biologów i nauczycieli przyrody. Tematy poruszane podczas tego spotkania dotyczyły w szczególności wykorzystania najnowszych zdobyczy technologicznych w edukacji, w nauczaniu pokolenia jeszcze Y a w zasadzie już Z.
No i jak ? moje odczucia po tym zdarzeniu były mieszane.

Od lat staram się ograniczać elektronikę, technologię w swoim otoczeniu, otoczeniu rodziny, dzieci a także firmy. I jak mi to wychodzi. Staram się być w tym odpowiedzialna. Nie przesadzać. Wykorzystywać to co w tych obszarach mi pomaga, wspiera, może rozwija a na pewno pomaga mojej firmie. Traktuję też internet rozrywkowo. Pewnie.

Bo ważne jest by zachować w tym równowagę i wiedzieć, że technologia może być ok – jeśli dobrze się z nią komunikujesz i wykorzystujesz na poziomie i w sposób tobie potrzebny.
Tak by dążyć do zachowania równowagi pomiędzy dwoma światami: online i offline.

Ale czy mam w tym granice? Wiele z osób mówi, że najmłodsi mogą i powinni także korzystać z dóbr obecnej technologii, uczyć się przy wykorzystaniu aplikacji, systemów, pracować w oparciu o rozwiązania komunikacyjne w internecie. Przecież to już się dzieje. I tego nie zatrzymamy. Nasze dzieci mają do tego prawo.

A tymczasem? Jak pokazują badania 97% młodzieży nie wyobraża sobie dnia codziennego bez podpięcia do internetu, patrzenia się w telefon i korzystania z youtube, serwisów społecznościowych.
To na bieżąco kręci młodych ludzi, ba nawet przedszkolaków. A także różne gałęzie przemysłu w tym samochodowy z wbudowanymi telewizorkami w siedzenia, producentów nocników (!) z wbudowanymi laptopami, dostawców misiów zaprogramowanych by mówiły jak mama (!), gry komputerowe dla niemowlaków itd.

Jeśli więc ładujemy co dnia, od najmłodszych lat taką technologię szuflami do umysłów i systemów nerwowych małych ludzi, to czy mają oni przestrzeń by jeszcze w szkole to rozwijać?
I czy szkoła jest do tego przygotowana? Czy prowadzący mają w tym kompetencje na bieżąco udoskonalane? A edukacja rozwijana.

Po konferencji zapytałam kilka osób z najbliższego otoczenia – czy stosują w szkole rozwiązania, jakie wówczas poznałam: wspólne rozwiązywania testów w trakcie lekcji, wykładów; zadawanie pytań na forum klasy; połączenia na skype z innymi szkołami; czaty z innymi uczniami, ewaluacje lekcji – dzięki wykorzystaniu narzędzi serwisów społecznościowych – co jest i może być moderowane przez nauczyciela.

I co usłyszałam, że albo w ogóle o tym nie słyszeli, a kiedy by to mieli robić, przecież właśnie jako szkoła i rodzice, zabroniliśmy dzieciom korzystać ze smarfonów, kto by to miał robić, kto ma do tego umiejętności i moce przerobowe, i przecież muszą się wywiązać z podstawy, poprowadzić dokładnie punkt po punkcie wg podstawy programowej itd.

Kakofonia informacji.

A teraz jestem jako trener świeżo po Trenferencji – spotkaniu rozwojowym dla trenerów. Spotkałam na na nim wiele z osób mojego pokolenia X, dla którego rewolucja technologiczna zadziała się w trakcie naszego życia, bo my nie jesteśmy cyfrowymi tubylcami – tak jak nasze dzieci! My jesteśmy cyfrowymi imigrantami, którzy uczą sie tego dlaczego, co i jak można wykorzystywać z technologi. Bo my pamiętamy czasy zwykłej rozmowy, komunikacji bez rozpraszaczy, pisania ręcznego. Ale, jak wynika z naszej dyskusji – jeszcze nie do końca wiemy jak z tą technologią pracować w trakcie pracy z grupą, z uczestnikami szkoleń.

W trakcie warsztatów a także panelu dyskusyjnego wykorzystaliśmy podobne narzędzia, jakie widziałam na wspomnianej konferencji dla biologów i sama też juz na swoich warsztatach wykorzystałam – np. zadawanie pytań online przy użyciu komórki, prowadzenie ankiet dla grupy, pretest i potest.

Jeden z trenerów podzielił się swoim doświadczeniem pracy z grupą młodych ludzi, gdy był nagrywany, a każdy z uczestników podpięty telefonem w trakcie zajęć, mógł na bieżąco aktualizować status, dawać feedback prowadzącemu online’wo. Takie było oczekiwanie sponsora szkolenia. Efekt dla prowadzącego był zaskakujący i nie był zadowalający. Bo przez całe zajęcia widział ludzi z pochylonymi głowami i odnotowującymi swoje spostrzeżenia w telefonie. Cały czas widział wykresy co idzie okey, a kiedy grupa przysypia. Teoretycznie byli oni obecni na tym szkoleniu. Jednak panująca cisza i brak komunikacji werbalnej i niewerbalnej nie dawał szans by trener myślał inaczej.

I czy był z nimi w tej sali rzeczywiście? Równie pięknie mogliby oni siedzieć w swoim domu przed komputerem. Zapewne mniej by to stresowało prowadzącego, który nie widział tłumu przed sobą prawie nieobecnych postaci. A przeprowadzałby szkolenie online dla niewidocznych uczestników.
To też jest coraz częściej wykorzystywane rozwiązanie edukacyjne – szkoleń online.

Gdy uświadomisz sobie, że jesteśmy już częścią tej układanki i ona co dnia jest nadal doskonalona technologicznie i technicznie, możesz zadawać sobie pytania dokąd to zmierza, jak wspomóc moje dziecko, albo jakie zmiany wprowadzić.

Zajrzyj do mojego sklepu.
Tam czeka na Ciebie e-book „Jak małymi krokami wprowadzić elektroniczny detoks”, który napisałam jako jedną z elementów edukacyjnych w tym zakresie.

Tagi: , , , , , , , , , ,